Justyna Żukowska-Gołębiewska: Kryzys nie krzyczy. Kryzys milknie

Justyna Żukowska-Gołębiewska: Kryzys nie krzyczy. Kryzys milknie

Najtrudniejsze w kryzysie jest to, że bardzo często wygląda… dobrze. Ma czerwony pasek, czyste buty, punktualnych rodziców i kalendarz wypełniony zajęciami. Kryzys nie zawsze siedzi na korytarzu ze spuszczoną głową. Czasem siedzi w pierwszej ławce i robi wszystko, żeby nikt go nie zauważył.

To właśnie od tego odwrócenia perspektywy zaczęło się wystąpienie Justyna Żukowska-Gołębiewska. Zamiast statystyk – dwie historie. Dwa dwunastoletnie chłopaki. Jeden „z dobrego domu”, drugi „trudny”, „wiercący się”, „problemowy”. I pytanie, które natychmiast uruchamia szkolne schematy: który z nich jest w kryzysie?

Odpowiedź – jak to zwykle bywa – okazała się niewygodna.

Bo kryzys nie wybiera według ocen, statusu społecznego ani tego, czy rodzice są zaangażowani. Kryzys rodzi się tam, gdzie nie ma przestrzeni na bycie widzianym. Gdzie dziecko uczy się, że musi „zasługiwać” na uwagę. Albo że jest „nie takie”, „za bardzo”, „nie na tym poziomie podstawy programowej”.

Jedna z tych historii była osobista. Bardzo. I właśnie dlatego tak mocna. Pokazała, jak łatwo system edukacji – nawet w dobrej wierze – potrafi przegapić moment, w którym zamiast wsparcia pojawia się samotność. A potem cisza. Gryzione do krwi przedramię. Myśl, że może lepiej byłoby zniknąć.

I w tym momencie pada zdanie, które powinno zostać z nami na długo: kryzys nie jest końcem – kryzys jest momentem zatrzymania.

Nie alarmem. Nie wyrokiem. Nie sygnałem do natychmiastowego „ogarnięcia się”.
Raczej drzwiami, które się uchylają – pod warunkiem, że ktoś po drugiej stronie jest gotowy powiedzieć: widzę cię.

Wystąpienie Żukowskiej-Gołębiewskiej było w istocie opowieścią o czymś, co w szkołach ginie najczęściej: o uważności. O tym, że nauczyciel nie musi być interwentem kryzysowym ani terapeutą. Ale musi być dorosłym, który nie bagatelizuje zmiany. Który ufa swojej intuicji, zamiast ją zagłuszać procedurami. Który potrafi powiedzieć: martwię się o ciebie – i naprawdę wysłuchać odpowiedzi.

Bo największym mitem, jaki powtarzamy dzieciom, jest ten, że z kryzysem trzeba poradzić sobie samemu.
A kryzys – z definicji – oznacza brak zasobów. Brak dostępu. Brak siły.

Dlatego pierwsza pomoc przedpsychologiczna nie zaczyna się od diagnozy, tylko od obecności. Od spokoju. Od niepanikowania. Od nieciągnięcia dziecka natychmiast „do wszystkich świętych”, tylko od stworzenia bezpiecznej przestrzeni, w której może powiedzieć to, czego jeszcze nigdy nie powiedziało.

I być może najważniejsze: od uznania, że kryzys rozwojowy, sytuacyjny, egzystencjalny nie jest patologią, tylko częścią życia. Także życia szkolnego.

„Potwory spod łóżka nie znikają – one tylko zmieniają postać” – usłyszeliśmy w tej opowieści.
Naszą rolą jako dorosłych nie jest udawanie, że ich nie ma.
Naszą rolą jest być obok, zanim dziecko nauczy się milczeć.

Bo kryzys nie zawsze krzyczy.
Najczęściej czeka, aż ktoś go zauważy.

13 stycznia 2026

Udostępnij